Dzwonek do drzwi

Paskudna, szara skorupa chmur bezlitośnie pożera życiodajne promienie słońca. Wiatr rozpyla w powietrzu drobne krople mżawki, w kilka sekund mocząc wszystko, co znajdzie się na dworze. Wszechobecna wilgoć, w duecie z przenikliwym chłodem, zniechęcają skutecznie do wyjścia na zewnątrz każdego. Jednym słowem pogoda idealna.

Niestety, tym razem jesień za oknem daje mi się we znaki. Zwykle ta ohydna aura jest dla mnie niczym muza, dostarczająca niezmierzone pokłady twórczej inwencji. Jednak nie dzisiaj. Zatapiam się w głębokim fotelu, z nogami wyciągniętymi na stoliku do kawy. Otula mnie ciepła skóra, w ręce grzeje się aromatyczna Metaxa. Banalny obrazek uzupełnia strzelające w kominku polano brzozy. Gdybym pisał na papierze, wokół walałaby się pomięte kartki z kilkoma linijkami nieudanych bazgrołów. Część z nich zginęłaby od razu, ze złością ciśnięta wprost w płomienie. Te, na które nie miałbym siły się wściekać, zaścieliłyby jesionową podłogę wokół mnie. Inne, rzucane od niechcenia, znaczyłyby wyraźny ślad w kierunku kominka.

Ja jednak piszę na komputerze – nie czuję romantyzmu kartki. Zresztą, bazgrolę koślawe szlaczki, które chyba tylko w moich oczach uchodzą za alfabet. I to nie bez wysiłku. Wolę na udach czuć ciepło krzemowych myśli, zamiast wsłuchiwać się w skrzypienie wysłużonej stalówki. Teraz nie odczuwam jednak ciepła – tak długo tkwię w bezruchu, że mój notebook przeszedł w stan hibernacji. Towarzyszę mu w półśnie, rozmyślając o wszystkim i niczym zarazem. Resztki świadomości odbiera mi sączący się z głośników Vivaldi. Jakiś sadysta z Classic FM perwersyjnie katuje mnie trzecią porą roku w wykonaniu Londyńskiej Orkiestry Symfonicznej.

Ostatnie takty „Jesieni” przechodzą płynnie w zapowiedź „Kącika Literackiego”. Na czas reklam odpływam zupełnie, śniąc o wysokim klifie niewielkiego cyplu wrzynającego się w szalejący ocean. Widzę siebie, stojącego na skraju trawiastego płaskowyżu. Niebo przesłaniają granatowe chmury, z których raz po raz strzelają oślepiające błyskawice. Jedna z nich trafia w skałę u moich stóp rozrywając ją na tysiące okruchów. Przez chwilę, niczym w kreskówce, wiszę w powietrzu, w zadumie obserwując szalejący w dole ocean. Chcę się odwrócić i złapać czegoś by nie runąć w kipiel targanych wiatrem fal, ale nie mogę – cały płaskowyż znika, a ja nagle zaczynam spadać w dół. Tnę lodowate powietrze. Obezwładniające zimno chłoszcze mnie po twarzy. Spadam coraz szybciej i szybciej, jednak ocean w dole zbliża się bardzo powoli. Pęd powietrza wyciska mi łzy z oczu. Na ustach czuję porwane wiatrem krople słonej wody.

Przerażony nieuniknionym, wracam niespodziewanie do mojego ciepłego salonu, głębokiego fotela i kieliszka siedmiogwiazdkowej Metaxy. Za oknem powoli zmierzcha. Albo po prostu, skorupa chmur pogrubiała i zaraz lunie kubłami lodowatego deszczu. W radiu trwa zażarta dyskusja, jeśli oczywiście dystyngwowani krytycy i koneserzy literatury potrafią być zażarci. Powoli wyłapuję sens rozmowy – spór zdaje się toczyć o interpretację ostatniego bestsellera. To jedna z tych jałowych rozmów na temat „co autor miał na myśli”, prowadzona tak jakby dyskutanci byli w stanie zrozumieć utwór literacki lepiej niż jego twórca.

— Szanowni koledzy i Pani, Pani Katarzyno. Myślę, że co do jednego możemy być zgodni. Symbolika jaką posługuje się autor jest bezsprzeczna. Ja chciałbym natomiast… — znudzony, flegmatyczny głos nie zdążył dokończyć zdania. Między słowa brutalnie wtargnął dystyngwowany staruszek:
— O jakiej symbolice Pan mówi, szanowny kolego? Rozumiem, że Pan, z racji wieku, mniej krytycznie podchodzi do tego bolesnego zagadnienia, które jest tematem naszego dzisiejszego spotkania. Jednak zanim się Pan zapędzi na manowce wyobraźni, może ustalmy jedną rzecz: w przypadku tej książki dyskurs jest po prostu zbędny. Nie rozumiem dlaczego marnujemy czas słuchaczy na te płonne wywody. — Do bólu wyraźna dykcja zdaje się bardzo męczyć, gdyż starszy Pan po ostatnim zdaniu potrzebuje krótkiej chwili by złapać oddech. Sytuację od razu wykorzystuje stanowczy, kobiecy alt.
— O właśnie! Symbolika! Wyobraźnia! To są słowa klucze, istotne dla zrozumienia tego utworu! — Wykrzykniki aż dźwięczą mi w uszach. Zdecydowany głos dobiegający z radia tworzy w mojej głowie obraz właścicielki altu, która w takt słów uderza pięścią w otwartą dłoń. — Sam tytuł jest tutaj metaforą życia. Przecież to oczywiste! To słowa, które przewijając się przez całą książkę. Tworzą podwaliny każdej z opowiedzianych w niej historii. Ten przewrotny dobór słów wydaje się na pozór banalny, jednak gdy wsłuchamy się w ich brzmienie wszystko nabiera głębi! Te słowa trzeba usłyszeć! One nie są do czytania, tylko do słuchania! — Kolejny wykrzyknik huknął z głośników. Ich serię przerywa ironiczny głos starszego Pana.
— Dzwonek do drzwi?! — „er zet” niemal piłuje futrynę swoich drzwi. — Przepraszam, ale Pani chyba raczy żartować? Słoik dżemu truskawkowego ma więcej głębi niż ta absurdalna bajeczka! — staruszek aż się zasapał, a ja wyobrażam sobie jak purpurowieje na twarzy wzburzony postawą swoich rozmówców.

Tym razem słyszę typowo radiowy, niski głos prowadzącego program:
— Nasza dyskusja nabiera rumieńców, a tymczasem wyniki sprzedaży mówią same za siebie. Mamy do czynienia z prawdziwym bestsellerem ostatnich lat. Niektórzy są zdania, że takiej literatury nie mieliśmy w kraju od dawna, a co bardziej optymistycznie nastawieni krytycy uważają, że mamy szansę na kolejnego nobla w dziedzinie literatury. — Nie wytrzymuję i parskam śmiechem. Nobel za „Dzwonek do drzwi”? O dziwo temu szalonemu pomysłowi przyklaskuje znudzony „flegmatyk”:
— Prawdę mówiąc, również uważam to za bardzo prawdopodobne. Dla mnie, żaden dzwonek do drzwi, nigdy nie będzie już zwykłym sygnałem zwiastującym gości. Pani Katarzyna ma rację. Po przeczytaniu rzeczonej powieści, te słowa nabierają zupełnie nowego sensu. Stają się wielowymiarowe. Znamienny jest tutaj również fakt, że słowo dzwonek, jest takie dźwięczne. To nadaje kolejny wymiar całemu dziełu. — Słucham tego wszystkiego szczerząc się do opróżniającego się kieliszka brandy. Tymczasem, tej szalonej koncepcji przyklaskuje Pani Katarzyna, z entuzjazmem wyrzucając w moim kierunku kolejne wykrzykniki.
— Dokładnie to miałam namyśli! Ten dzwoniący, dźwięczny dzwonek! Czasem jest to krótkie drrrryń, innym razem nieznośnie długie, męczące brzęczenie. A to wyczekiwane, delikatne dzyń-dzyń w rozdziale siódmym? Wycisnęło ze mnie morze łez! Wczoraj odwiedziłam moją przyjaciółkę, która mieszka w takiej samej, starej i zniszczonej kamienicy, jak ta opisana w „Dzwonku do drzwi”. Gdy do JEJ drzwi zadzwonił listonosz, nie wytrzymałam i po prostu się rozpłakałam! To było jak głos Boga mówiący do mnie „nie martw się, wszystko będzie dobrze”. — Jeszcze chwila i ostrza mknących wykrzykników zamienią się w rzęsiste krople łez. Kolejne zdanie i buchnę śmiechem na całe gardło. Akurat o tej książce wiem wszystko. Sam jestem jej autorem. Na szczęście sytuację ratuje mój idol w tej rozmowie, Pan „nienaganna dykcja”:
— Drrrrrrrrryń! Drrrrrrrrrrryń! — złośliwie przedrzeźnia bliską płaczu kobietę, wyraźnie artykułując każde „r” swojego dzwonka. — Drrrrrrrrryń!, Drrrrrrrrrryń! — To już nie jest nieznośny dzwonek do drzwi… — Drrrrrrrrryń! Drrrrrrrrrryń! — … „r” huczą w uszach niczym seria z karabinu maszynowego.

Roztrzęsiony, z klekoczącym sercem gwałtownie otwieram oczy. Pusty kieliszek wypada mi z ręki. Cienkie szkło po zetknięciu z podłogą roztrzaskuje się na tysiące drobnych kryształków. Za oknem ciemność. W domu grobowa cisza. Kominek ledwo grzeje resztkami tlącego się popiołu. Spałem. Na kolanach ekran notebooka jarzy się w mroku. Kursor mruga tuż pod tytułem wypisanym „dwudziestką czwórką” na środku pustej strony. Trzy słowa, na jedynej stronie nowego dokumentu. Nagle ciszę rozrywa nieznośne, natarczywe brzęczenie. Raz za razem. Ktoś piekielnie zniecierpliwiony dobija się do drzwi.

Dodaj nowy komentarz

Zawartość tego pola nigdy nie zostanie udostępniona publicznie.
  • Adresy internetowe są automatycznie zamieniane w klikalne odnośniki.
  • Dozwolone znaczniki HTML: <a> <em> <strong> <cite> <code> <ul> <ol> <li> <dl> <dt> <dd>
  • Znaki końca linii i akapitu dodawane są automatycznie.
CAPTCHA
Niestety spamerzy za wszelką cenę starają się zrobić z sieci jeden wielki śmietnik. To powinno ich trochę zniechęcić.
1 + 15 =
Rozwiąż to proste zadanie matematyczne. Dla przykładu: 1+3 daje 4.