Pieprzeni nieśmiertelni - Hiram
— Proszę jednak pamiętać, że oficjalnie pana tu nie ma. — zakończył swój wywód Hiram, tuż przed śluzą powietrzną prowadzącą do małego, standardowego promu orbitalnego mogącego pomieścić na pokładzie zaledwie kilka osób i niewielki ładunek. Szybko wystukał na klawiaturze przy wejściu jakiś ciąg liczb i śluza stanęła otworem. — Taksówka już czeka — po raz pierwszy zażartował, kurtuazyjnie wskazując Carterowi drzwi do promu. Uśmiechnął się przy tym nerwowo jakby obawiając się, że jego przymusowy gość możne znowu rzucić mu się do gardła. Ten jednak uśmiechnął się tylko uprzejmie i wszedł do środka.
Prom okazał się być wyraźnie wysłużoną maszyną, która swoje lata świetności miała już dawno za sobą. Carter od razu zauważył, że w kabinie nie ma pilota i zaczął zastanawiać się czy to kierująca Hiramem paranoja w zapewnieniu dyskrecji, czy po prostu facet lubi sam pilotować taką kupę złomu. Powstrzymał się jednak tym razem od komentarza i zajął miejsce obok fotela pilota. Jadon usadowił się obok niego i sprawnie rozpoczął procedurę startu. Po chwili śluza zamknęła się z sykiem, a zaraz potem puściły zaczepy cumujące. Hiram w roli pilota sprawował się bardzo dobrze, gdyż już po chwili, bez zbędnych ceregieli opuścili dok i ich oczom ukazał się odległy o około 500km Eden.
Choć podobne widoki Carter oglądał już nie raz w swoim życiu, to jednak zawsze go w jakiś sposób urzekały. Oglądanie zawieszonego w pustce globu przeciętego wyraźną linią terminatora sprawiało mu autentyczną przyjemność. Na dodatek Eden nieskażony nowoczesnym przemysłem, czy gęstą zabudową całej planety, zdawał się emanować dziewiczym spokojem i majestatem.
— Widzi Pan tą jasną plamę na zachodzie, tuż za linią terminatora? To światła największego miasta Edenu. To Nowy Watykan panie Carter. — Z niekłamaną dumą w głosie powiedział Hiram, wskazując jednocześnie sporych rozmiarów kleks światła po ciemnej stronie globu. Carter dzięki doskonałej powłoce Aidemo mógł zobaczyć wskazane miejsce z zadziwiającą wręcz dokładnością. Sokole implanty, jak nazywali je wojskowi zwiadowcy, pozwalały mu podziwiać widoki w znacznym powiększeniu. — Gdy zejdziemy nieco niżej będzie mógł pan zobaczyć Plac św. Piotra i replikę bazyliki. To jedyne budowle, które można rozpoznać z orbity gołym okiem. To prawdziwy cud naszych inżynierów — ciągnął Hiram biorąc na siebie rolę przewodnika, jakby zupełnie zapomniał już o gwałtownym zachowaniu swojego pasażera. Carter mógł wprawdzie dostrzec wspomniane „cuda” już teraz, zachował to jednak dla siebie, gdyż najwyraźniej Jadon nie zdawał sobie sprawy z technicznych możliwości jakimi dysponowała udostępniona Carterowi powłoka. Wei tym razem cierpliwie czekał na obiecane mu konkretne informacje.
Po chwili milczenia, jakby się nad czymś zastanawiał, Hiram włączył autopilota programując mu powolne schodzenie z orbity. Obrócił swój fotel w stronę Cartera i jak na zawołanie przyjął ten sam opanowany wyraz twarzy, którym na początku powitał swojego gościa. Jowialny przewodnik turystyczny zniknął i w Cartera wwiercało się teraz to samo badawcze spojrzenie, które mierzyło go wcześniej w centrum transferowym.
Dodaj nowy komentarz