Pieprzeni nieśmiertelni - Powitanie I
Lądowanie przebiegło gładko. Wprawdzie prom, którym lecieli był zaledwie blaszanym pudłem pamiętającym zapewne najstarszą historię lotów kosmicznych, to jednak Hiram za sterami poradził sobie znakomicie. Carter po raz pierwszy wyraził szczere uznanie dla talentów swojego nowego pracodawcy. W czasach gdy piloci zespalali się ze swoimi maszynami w neuronowym uścisku tworząc jedność, umiejętność ręcznego sterowania takim trupem jak ten, była czymś wyjątkowym. Szczególnie, że lądowanie odbyło się w dość nietypowym miejscu i warunkach.
Hiram lądował zdając się jedynie na wskazania przyrządów pokładowych i widok z kokpitu pilota, na dodatek z dala od objawów cywilizacji jakim mogła by być tak przecież banalna w tej sytuacji konstrukcja jak port lotniczy. Nie mieli żadnego wsparcia z ziemi, żadnych systemów naprowadzania. Kompletnie nic. — Stara szkoła w najczystszej postaci. — Pomyślał Carter i po chwili poprawił się w myślach — Stara, wojskowa szkoła… Pieprzony komandosik. — Do lądowania podchodzili ze zgaszonym oświetleniem, nawet w kabinie panowały kosmiczne ciemności, gdy Hiram wyłączył podświetlanie pulpitu sterowniczego. Ciąg silników ustawiony był na minimum przez co cały manewr zdawał się trwać niemiłosiernie długo, ale zarazem też wyjątkowo cicho. Jasnym było że Jadon nie chce by ktokolwiek ich zobaczył.
Carter zastanawiał się czy Hiram ma powłokę równie dobrze wyposażoną co on sam, dzięki czemu ciemności przy lądowaniu mogły być jedynie drobną niewygodą. Teoretycznie ta sama kwestia mogła dotyczyć umiejętności pilotażu – Hiram mógł mieć powłokę, którą ktoś wcześniej wyuczył podstawowych odruchów i „czucia” maszyny. Te zaś w połączeniu z odpowiednim szkoleniem w wirtualu mogły z każdego zrobić całkiem niezłego pilota. Z drugiej jednak strony doskonała pewność siebie i głęboki spokój emanujący od Hirama w czasie lądowania sugerowały jednak, że jest w tym coś więcej, że Hiram faktycznie był tak dobry w tym co robił. To z kolei jasno sugerowało, że pod tym idealnie skrojonym garniturkiem wyrachowanego urzędasa kryje się człowiek, który przeżył już nie jedno i przy którym dla własnego dobra warto mieć się na baczności.
Dzięki swojej wyposażonej w doskonałą technologię powłoce, Carter mógł dość dobrze przyjrzeć się okolicy mimo panujących ciemności. Zanim jeszcze postawił stopę na ziemi, wyuczone przez wiele lat nawyki zapewniły mu całkiem niezłą orientację w terenie. Znajdowali się na odludziu – w promieniu kilku kilometrów nie widać było żadnych zabudowań ani świateł. Pagórkowata, oświetlona blaskiem księżyca okolica stanowiła miły dla oka przedsmak ciągnącego się w oddali na wschodzie pasma górskiego. Znajdowali się prawdopodobnie w odległości kilkunastu kilometrów na południe od ogromnej aglomeracji, którą wcześniej wskazał Hiram nazywając ją Watykanem. Lądowiskiem okazał się być teren rozległej rezydencji ukrytej na dnie niezbyt głębokiej, symetrycznej dolinki.
Gdy tylko Carter opuścił prom, którym przylecieli, uderzyła go w nozdrza czysta, ciepła i lekko wilgotna bryza niosąca w sobie delikatną sugestię niezbyt odległego morza. Zapach był tak intensywny, że Wei aż zwolnił kroku oszołomiony jego bogactwem. Każda planeta pachnie inaczej – każda ma swój unikalny, niczym DNA, zapach. Wpływa na to cała masa czynników składających się na ekosystem każdego z zamieszkanych przez ludzi światów. W miastach, w których mieszka większość rozproszonych po wszechświecie ludzi, różnice te są niemal niezauważalne. Zanieczyszczone, filtrowane powietrze wszędzie pachnie prawie tak samo. Jednak w miejscach takich jak to, pierwszy wdech w nowej atmosferze jest jak wejście do ekskluzywnej perfumerii – wyczulony węch jest w stanie niemal w namacalny sposób wyczuć całą kakofonię składników budujących tą unikalną woń.
Chwilę potem Carter zatrzymał się na moment tuż za włazem promu, będąc jeszcze na stopniach trapu. Nie zrobił tego jednak po to by delektować się cudownym zapachem okolicy – na to przyjdzie czas później. Teraz, po pierwszym wdechu tego soczyście świeżego powietrza, w umyśle Cartera pojawiło się wrażenie, że Zapach tej planety jest mu skądś znany. Nie potrafił jednak określić skąd bierze się to odczucie. Równie dobrze mogło ono pochodzić od powłoki, z której teraz korzystał jak i być częścią jakiegoś jego własnego wspomnienia. Mimo że powłokę kontrolowała jego świadomość, to jednak naturalnym było, że ciało zachowuje pewną, choć znikomą autonomię. Normalny człowiek nie potrafi tego dostrzec traktując takie sygnały jak własne doznania, jednak z ludźmi takimi jak Carter Wei, szkolonymi do najtrudniejszych zadań w ekstremalnych warunkach jest nieco inaczej. Dla takich jak on, powłoka jest tylko narzędziem, tak samo jak bojowy myśliwiec dla sprzężonego z nim neuronowo pilota marynarki wojennej. Taka niepewność była więc dla Cartera dość niezwykła, postanowił jednak w tej chwili nie zaprzątać sobie tym głowy i skupić się na wyciągnięciu jak największej ilości informacji od Hirama. Na personalne rozterki i inhalację tym rześkim powietrzem przyjdzie jeszcze czas.
— No, Carter, bo ci się w głowie zakręci jak będziesz tak węszył. — Rzucił Hiram przeciskając się przez wąski właz, a potem obok towarzysza. — Takie zapachy po tym sterylnym powietrzu z Elmana mogą nieźle namieszać w głowie, ale gdybyś był tu na wiosnę, gdy wszystko kwitnie, to dopiero miałbyś używanie! — Dodał wyraźnie rozbawiony.
— Czuję się jakbym już tu kiedyś był… — Odpowiedział Carter, jednak po tych słowach uśmiech z twarzy Hirama zniknął momentalnie.
— Zapraszam do mojego domu. Mam tam trochę sprzętu, który może się panu przydać panie Carter. Wybierze sobie pan to co panu potrzeba i pojedziemy do miasta. — Przyjazny ton zniknął wraz z uśmiechem Jadona. — Zobaczy pan sobie jak żyje się w prawdziwym raju. — Dodał z niemal niedostrzegalną nutą zgryźliwości w głosie.
Dodaj nowy komentarz