Pieprzeni nieśmiertelni - Powitanie II

Poprzednia część tekstu.

Dom Hirama był prawdziwą posiadłością, zaprojektowaną ze smakiem i mnóstwem szkła uzupełnionego płytami ciepłego piaskowca. Carter minął gigantyczny hall połączony z w jedno z kuchnią, salonem i jadalnią, kierując się wprost do drzwi frontowych. Zaintrygowany zapachem tutejszego powietrza chciał szybko wyjść na zewnątrz. Był już niemal pewny, że ta woń jest mu znajoma, a nawet w jakiś sposób bliska. Miał nadzieję, że zanim Jadon go dogoni, uda mu się choć przez chwilę w spokoju nad tym pomyśleć.

Wei z impetem otworzył drzwi frontowe i zrobił pierwszy krok na zewnątrz. Z oddali dobiegł go cichy trzask. Zanim postawił stopę na ziemi jego instynkt momentalnie przerwał rozmyślania nad składem tutejszego powietrza. Coś było nie tak. Dzięki niesamowicie szybkim reakcjom powłoki, czas dla Cartera zdawał się zwalniać, co z kolei pozwalało mu działać w ułamkach sekund. Przechodząc w tryb bojowy, napakowany chemią i wspomagany neuronowo był w stanie przeanalizować sytuację wokół zanim jeszcze jego lewa stopa opadła na ziemi. Szybki rzut oka po okolicy nie ujawnił żadnego bezpośredniego zagrożenia. Na dworze było jednak ciemno, a wychodząc z jasnego domu potrzebował pół sekundy żeby przestawić wspomagany wzrok w tryb nocny. W tej sytuacji mogło to być stanowczo za dużo, więc Carter zamknął oczy i skupił się na tym co słyszy. Zmysł słuchu nie musiał się akomodować więc Wei mógł od razu z niego skorzystać. Normalny, nieprzeszkolony człowiek, w takiej sytuacji czułby się jak w filharmonii – do jego świadomości dochodziłaby bowiem cała, sztucznie wzmocniona kakofonia dźwięków nocy. Z techniką, którą było nafaszerowane ciało Cartera usłyszenie szelestu poruszonego 50 metrów dalej liścia nie stanowiło żadnego problemu. Problemem było odpowiednio szybkie wyłapanie istotnych dźwięków niepasujących do naturalnej symfonii otoczenia – umiejętność wyczucia tej fałszywej nuty może bowiem ocalić życie. Tak właśnie było tym razem. 20 metrów przed sobą, nieco z prawej strony, Carter usłyszał świst rozcinanego powietrza. W jego kierunku z ogromną prędkością zbliżał się niewielki przedmiot. Nie był to pocisk z pistoletu gdyż poruszał się zbyt wolno. Wspomagany wewnętrznym komputerem Wei oszacował wielkość zbliżającego się obiektu na podobną do pięści dorosłego człowieka. W tym momencie obiekt znajdował się już tylko 10 metrów od Cartera. Dysponując powłoką tej klasy był on w stanie złapać nadlatujący przedmiot, sęk tym, że mogło to być bardzo ryzykowne – co jeśli przeszywającym powietrze obiektem jest wystrzelony z wyrzutni granat?

Stopa Cartera opadła na ziemię. Wei wykorzystał pełne oparcie jakie dzięki temu uzyskał. Zgiął lekko kolana, obracając się jednocześnie w prawo o dziewięćdziesiąt stopni. Gdy kończył obrót gwałtownie wyprostował nogi przenosząc ciężar ciała do tyłu, dzięki czemu oderwał się od ziemi i poszybował w lewo w zręcznym odskoku.

W trybie bojowym opadanie na ziemię zdawało się trwać wieki. Carter otworzył oczy akurat na czas by zobaczyć jak w miejscu, w którym przed chwilą stał, przeleciał obły, metaliczny kształt wielkości pięści z ostrym zakończeniem z przodu. To był granat, który ułamek sekundy potem wbił się z trzaskiem w stylową futrynę zamykających się drzwi. W tym samym momencie Carter wylądował na plecach dobre dwa metry dalej. Przez chwilę wydawało się, że nic się nie dzieje, jednak Wei doskonale wiedział co powinien w tym czasie robić. Jego hodowane w zbiorniku ciało, wspomagane przez krążącą we krwi chemię i całą sieć implantów mięśniowych pozwoliło mu w tym czasie zerwać się do biegu i pokonać kolejne metry. Kierował się w kierunku niewielkiego klombu na lewo od podjazdu pod dom. W tym momencie granat eksplodował. Carter skoczył.

Fala piekielnie gorącego powietrza z eksplozji, poganiana hukiem wybuchu zdążyła polizać podeszwy butów Cartera nim ten wylądował na żwirowej alejce za klombem. Wei nie tracił czasu na amortyzowanie upadku w przewrocie, tylko natychmiast przywarł do ziemi całym ciałem, starając się ukryć za tą prowizoryczną osłoną z ziemi, kamieni i roślin. Zaraz potem marynarka na jego plecach zaczęła się palić, a ostrzyżone na krótko włosy momentalnie zwęgliły się do samej skóry, odsłaniając osmaloną czaszkę. Carter odczekał chwilę aż fala ognia przetoczy się nad nim i dopiero wtedy przeturlał się na plecy by zdusić płomień na ubraniu. Spalone włosy i marynarka wystarczą, nie chciał do tego straszyć ludzi poparzoną twarzą.

Carter ogłuszony hukiem eksplozji stracił możliwość lokalizacji źródła zagrożenia na słuch. Na szczęście jego wzrok zdążył dostosować się do panującego w okolicy półmroku. Dom Hirama stał w płomieniach, podobnie jak jeszcze przed kilkoma minutami ozdabiająca go od frontu roślinność. Carter zaczął szukać tego kto rozpętał to piekło. Granat nadleciał z prawej strony i tam też skierował się Wei podrywając się do sprintu wysypaną białym kruszywem alejką. Po kilku susach dostrzegł intruzów. Było ich czterech, stali obok siebie zwróceni w kierunku szalejącego pożaru, bokiem do biegnącego Cartera. Ten będący najbliżej, prawdopodobnie usłyszał chrzęst kamieni pod jego stopami i zaczął się obracać w tę stronę. Wei tylko uniósł wyprostowaną przed siebie lewą dłoń zaciskając ją w pięść. Z knykci wystrzeliła seria nanoigieł wypluta z ukrytego w nadgarstku miotacza. Pierwszy z czterech niezapowiedzianych gości został wyeliminowany, gdy połowa jego tułowia zamieniła się w czerwoną chmurę krwi. Nie zdążył nawet krzyknąć gdy mikroskopijne pociski szatkowały jego płuca spuszczając z nich powietrze. Niestety miotacz nanonigieł ukryty w nadgarstku nie jest zbyt celną bronią, szczególnie na większą odległość. Dlatego Carter na wszelki wypadek podczas strzału opróżnił cały i tak skromnych rozmiarów magazynek, w efekcie czego został bez broni. Chwilowo.

W czasie kolejnych kroków swojego sprintu Carter starał się ocenić z kim ma do czynienia. Drugi z intruzów najwyraźniej zorientował się, że z jego kolegą coś jest nie tak i odwrócił się w stronę biegnącego Cartera sięgając jednocześnie po przypięty do pasa pistolet. W tym momencie trzeci wystrzelił kolejny granat w kierunku płonącego budynku. Niestety czwarty z nich, częściowo zasłonięty przez kolegów był słabo widoczny. Żaden z nich nie wyglądał na profesjonalistę – wszyscy byli szczupli, a wręcz przywodzili na myśl wynędzniałych ludzi, co sugerowało, że nie korzystają z powłok bojowych, które zazwyczaj charakteryzują się solidną, atletyczną budową. Carter postanowił to wykorzystać w bezpośrednim starciu i szybko zakończyć sprawę.

Zanim najbliższy kolega konającego zdążył wyciągnąć broń, Carter był już w locie pokonując wysokim skokiem ostatnie metry dzielące go od nieproszonych gości. Gdy tylko oderwał się od ziemi sięgnął po ukryty w łydce nóż rozszczepieniowy. Nim drugi z napastników zdążył wydobyć swój pistolet, Wei celnym rzutem posłał piętnasto centymetrowe ostrze prosto między oczy nieszczęśnika, wbijając je aż po rękojeść. Dzięki idealnie wymierzonemu skokowi Carter wylądował tuż przed kolejnym celem – mężczyzną z granatnikiem Viterac i56, wyposażonym w zabójczy magazynek na piętnaście granatów. Nim ten zorientował się co się dzieje, Wei błyskawicznym ruchem podbił lufę broni wyłamując nieszczęśnikowi rękę w nadgarstku. Grenadier chciał zawyć z bólu, lecz nie zdążył, gdyż podbita wcześniej lufa zatoczyła efektowny łuk i oparła się na jego klatce piersiowej. Carter pociągnął za spust uwalniając z magazynka kolejny granat. Wystrzelony z ogromną siłą pocisk o ostrym czubku wyrwał w ciele ofiary pokaźny otwór miażdżąc jej organy i gruchocząc kręgosłup, po czym poszybował dalej w ciemność nocy zostawiając kolejne ciało bez życia. Został już tylko jeden przeciwnik – tego Carter chciał zostawić przy życiu by mieć możliwość dowiedzenia się czegoś na temat tego co przed chwilą zaszło. Wei szykował się by sparaliżować go toksynami ukrytymi pod opuszkami palców, tak samo jak zrobił to wcześniej z Hiramem na stacji orbitalnej. Niedoszła ofiara zachowała jednak zimną krew i w czasie gdy Carter eliminował grenadiera, ostatni żyjący z intruzów błyskawicznym, baletowym krokiem przeszedł za jego plecy. Wei zdążył dostrzec, że jego ostatni przeciwnik różni się od pozostałych – teraz widział wyraźnie, że jest on inaczej zbudowany, krępy i zapewne bardzo silny. Biorąc pod uwagę to jak szybko się poruszał, na pewno był też wspomagany, choć powłoka, którą nosił nie kojarzyła się Carterowi z żadnym ze znanych mu modeli bojowych. — Domowa robota? — Pomyślał, jednak dalsze rozważania przerwał potężny, paraliżujący mięśnie impuls energii elektrycznej. Obcy zdzielił Cartera w potylicę pałką z paralizatorem. Pod Carterem ugięły się nogi, a napastnik skrzętnie to wykorzystując poprawił kopiąc go od tyłu w kolana. Wei upadł. Klęcząc próbował dojść do siebie po szoku wywołanym smagnięciem elektryczności, podczas gdy atakujący nie tracił czasu. Zamachnął się by dokończyć dzieła potężnym ciosem w głowę. Działał szybko i precyzyjnie, zdradzając dobre wyszkolenie, prawdopodobnie w jednostkach specjalnych.

Wszystko działo się w zawrotnym tempie, jednak nie na tyle szybko by wyprzedzić wystrzelony przed chwilą granat. Jego impet osłabiony na starcie przez wątłe ciało trzeciego z nieproszonych gości wystarczył by wynieść pocisk na odległość zaledwie kilkudziesięciu metrów. W tym momencie granat walnął w sporych rozmiarów głaz. Uderzenie wywołane kolizją spowodowało detonację zamkniętego wewnątrz ładunku zapalającego. Kula ognia nie dosięgnęła walczącej dwójki, jednak wybuch na ułamek sekundy odwrócił uwagę obcego, na Cartera podziałał zaś otrzeźwiająco aktywując ostatnie rezerwy bojowej chemii w jego organizmie. Zrobiło mu się czerwono przed oczami, a z nosa pociekła strużka krwi, gdy bijące z zawrotną prędkością serce przyspieszyło jeszcze niemal dwukrotnie. Wei praktycznie nic nie widział, a sparaliżowane prądem mięśnie zdawały się ciążyć niczym ołów. Napastnik opuścił rękę w miażdżącym ciosie, który rozłupałby czaszkę zwykłego człowieka na pół. Odruchy w ciele Cartera przejęły kontrolę nad półprzytomnym po porażeniu umysłem. Gdy tylko resztki spalonych przez wybuch włosków na karku zarejestrowały zbliżające się uderzenie, Wei błyskawicznie, delikatnym ruchem, uchylił się w lewo. Ruch był minimalny i prawie niezauważalny, wystarczył jednak by rozpędzona ręka atakującego chybiła celu i ześliznęła się po boku głowy. Uderzenie nie trafiło dokładnie w cel z tyłu czaszki, jednak wystarczyło by Cartera na moment kompletnie zamroczyło.

Jego wyszkolone ciało, naszpikowane nowoczesną technologią, działało jednak dalej jak automat. Lewa ręka chwyciła nadgarstek napastnika i lekko pociągnęła w dół, to wystarczyło by wykonać klasyczny przerzut przez ramię. Gdy tylko głowa intruza znalazła się na wysokości ramienia Cartera, ten błyskawicznym ruchem objął prawą ręką kark obcego unieruchamiając go w stalowym uścisku. Gdy ciało przeciwnika przeleciało z impetem do przodu, Wei nie zwalniając uścisku gwałtownie odchylił się do tyłu. Chwilę potem z satysfakcjonującym trzaskiem pękł kręgosłup napastnika, a jego bezwładne ciało opadło na ziemię.

Carter w tym czasie zdążył puścić już głowę ofiary i przetoczyć się do tyłu wstając jednocześnie na nogi. W dłoni pojawił się wydobyty ze schowka w udzie pistolet. Omiótł nim okolicę obracając się wokół siebie. Spod czerwonych plam i potwornego bólu głowy zaczęły wydobywać się przebłyski świadomości. Dwa potężne uderzenia w głowę i morderczy ładunek tysięcy woltów zrobiły jednak swoje. Półprzytomny, chwiejący się na nogach, ledwo widzący co dzieje się wokół Carter doszedł do wniosku, że musi odpocząć. Z chwilą gdy o tym pomyślał, padł na kolana jak po wyjęciu wtyczki z gniazdka. Runął na ziemię lądując twarzą w rosnącej kałuży krwi nieszczęśnika, w ciele którego ział otwór wielkości pięści.

cdn.

Dodaj nowy komentarz

Zawartość tego pola nigdy nie zostanie udostępniona publicznie.
  • Adresy internetowe są automatycznie zamieniane w klikalne odnośniki.
  • Dozwolone znaczniki HTML: <a> <em> <strong> <cite> <code> <ul> <ol> <li> <dl> <dt> <dd>
  • Znaki końca linii i akapitu dodawane są automatycznie.
CAPTCHA
Niestety spamerzy za wszelką cenę starają się zrobić z sieci jeden wielki śmietnik. To powinno ich trochę zniechęcić.
20 + 0 =
Rozwiąż to proste zadanie matematyczne. Dla przykładu: 1+3 daje 4.