Przepowiednia - część 1

Maurycy stał w brudnym zaułku, wrzynającym się między strzeliste gmachy centrum miasta. To miejsce przypominało kanał ściekowy. Zalane uryną bezdomnych, tonęło w smrodzie niesprzątanych od wieków odchodów. Niczym najgłębszy kanion w miejskiej dżungli, było mroczne i ponure, nawet w tak słoneczny dzień jak dzisiaj. Zgiełk miasta był tutaj dziwnie stłumiony, ledwie słyszalny.

Bezwiednie zaciskał szczęki w skupieniu rozglądając się po tym przygnębiającym miejscu. Zawsze wydawało mu się, że jest odważnym i rozsądnym chłopcem, a raczej mężczyzną – szybko poprawił się w myślach – jutro będzie miał trzynaste urodziny. Ostatnie lata dzieciństwa nie były dla niego lekkie. Ciągłe kłótnie między rodzicami sprawiały, że Maurycy spędzał jak najwięcej czasu poza domem. Jego ulubionym miejscem stał się zamknięty dawno temu park rozrywki. Rdzewiejąca kolejka górska, zapomniane karuzele i spustoszone budki rozmaitości były jego azylem. Uciekał tam każdego dnia. Godzinami przesiadywał w starym biurze dyrektora parku, gdzie w ciszy i spokoju czytał i uczył się. Nie żył złudzeniami. Przez lata, dzień w dzień patrzył jak rodzice wyniszczają się nawzajem, używając go od czasu do czasu jako broni przeciwko sobie. Miał świadomość tego, że ich fikcyjne małżeństwo trwa tylko ze względu na niego. Zaślepieni jadem byli gotowi podtrzymać iluzję – dla niego – choćby świat się walił. Nie widzieli, że świat rzeczywiście się walił, tyle że był to mały świat Maurycego. Mimo wszystko chłopak kochał ich szczerą, bezwarunkową miłością i zawsze w głębi serca żywił nadzieję na to, że ten chory związek da się uleczyć.

Był przekonany, że skoro tylko on spaja resztki ich rodziny, to również on może ją naprawić. Nie uważał, że to naiwne – po prostu w to wierzył. Starał się więc z całych sił być grzeczny i uprzejmy. Nigdy nie krzyczał, nigdy przy nich nie płakał, nawet wtedy gdy słuchając kolejnej kłótni, gardło ściskały mu potworne szpony smutku. Zamiast tego całą energię przeznaczał na naukę. Czas, który spędzał w zakurzonym biurze zapomnianego dyrektora, poświęcał lekturom i podręcznikom. Nie był wybitnie zdolny, ale dzięki determinacji i ciężkiej pracy zawsze udawało mu się zdobyć dobre oceny. Nie miał wprawdzie pomysłu jak może pomóc, jak sprawić by rodzice znowu się pokochali i byli szczęśliwi, żył jednak w przekonaniu, że prędzej czy później coś wymyśli.

Stojąc w cuchnącym, zapomnianym zaułku zastanawiał się co tak naprawdę tam robi. Błądził wzrokiem po zabitych deskami oknach dawnych sklepów i punktów usługowych. Dawno temu wyblakła farba odłaziła strupami z ledwie czytelnego szyldu rzeźnika. Niżej za przerdzewiałymi kratami straszyły szpiczaste zęby szarych, potłuczonych szyb. W zadumie wsunął rękę do kieszeni znoszonych dżinsów i wymacał w niej dużą, zniszczoną monetę. Obracał ją chwilę w palcach, po czym wyjął by przyjrzeć się jej po raz setny tego dnia. Wydawała się być dziwnie ciepła – cieplejsza niż można by się spodziewać po kawałku metalu trzymanym w kieszeni. Na pewno była bardzo stara, a nierówne krawędzie nadawały jej wygląd nadkruszonego ciastka. Bardzo ciężkiego ciastka. Spod wieloletnich warstw brudu miejscami przebijały się złotawe błyski. Z jednej strony koślawe litery układały się w jakieś słowa, z których jedynym, choć ledwie czytelnym, było PRAEDICTIO. Rewers zdobił wytarty symbol, prawdopodobnie oka z brwią, podkreślonego nieskomplikowanym zawijasem.

Maurycy znalazł monetę tydzień temu, buszując po opuszczonym parku rozrywki. Szukał wtedy jakiegoś kawałka materiału by naprawić sobie wytarty fotel dyrektorski, w którym spędzał więcej czasu niż we własnym domu. W jednej ze zdewastowanych budek, w której prawdopodobnie pracowała wróżka, uwagę chłopca przykuły ciężkie, solidne kotary – idealne by zrobić z nich nową „tapicerkę” i przykryć przetartą skórę mebla pamiętającego czasy, gdy Maurycego nie było jeszcze na świecie. Jakimś cudem to jedno pomieszczenie z całego parku ocalało nietknięte. Nikt go nie splądrował ani nie zniszczył. Tutaj czas jakby się zatrzymał, zostawiając wszystko w nienaruszonym stanie. Jedyną oznaką tego, że miejsce to zostało dawno opuszczone był gruby całun kurzu, pokrywający wszystko równomiernie. Zafascynowany chłopak spędził tam ponad godzinę, zaglądając w każdy kąt z niezwykłą ostrożnością, jakby w obawie, że jego wtargnięcie może obudzić jakieś zamieszkujące to miejsce duchy. Monetę znalazł pod zmurszałą deską podłogi, która pękła pod jego ciężarem. Trzask łamanego drewna był tak niespodziewany w panującej tam ciszy, że Maurycy niemal krzyknął ze strachu.

Krążek zabrudzonego metalu zaintrygował chłopca od pierwszej chwili. Niewyraźne słowo zostało rozszyfrowane jeszcze tego samego dnia dzięki komputerowi w szkolnej bibliotece. Moneta była wtedy tak samo ciepła jak teraz, gdy Maurycy stojąc w zatęchłym zaułku, przyglądał się jej w zamyśleniu. W końcu spojrzał przed siebie. Przez chwilę wyraz jego twarzy sugerował wahanie, po czym zmienił się nagle, gdy stara moneta zniknęła w zaciśniętej pięści. PRZEPOWIEDNIA. Ten sam wyraz co na monecie, zdobił szyld nad jedynymi używanymi drzwiami w tej ślepej, zapomnianej przez miasto uliczce. Drzwiami, naprzeciwko których stał trzynastoletni chłopiec o zaciętym wyrazie twarzy.

• • •

Leokadia utrzymywała się z przepowiadania przyszłości. Osoba postronna mogłaby stwierdzić, że ta stara panna, jest zwykłą naciągaczką, która w swoim małym sklepiku sprzedaje ludziom ich własne marzenia. Nie była jednak pretensjonalną wróżką, która mówi ludziom to, co chcą usłyszeć. O nie! Takie praktyki napawały ją wręcz odrazą. Prawdę mówiąc nie była wróżką wcale. Po prostu miała dar, który pozwalał jej spoglądać na świat tak, jakby czas był kolejnym kierunkiem, w którym można zwrócić wzrok. Niestety, często uzyskany obraz był mało wyraźny i nieco zamglony, tworząc bardziej sugestię tego, co może się zdarzyć, niż wizję pewnej przyszłości. Tą niezwykłą umiejętność, podobnie jak mały sklepik w Zaułku Rzeźników, odziedziczyła po swojej matce, również pannie.

Matka wpajała jej, że ludzie przychodząc do takich osób jak one, wcale nie chcą poznać swojej przyszłości. Najczęściej oczekują po prostu potwierdzenia słuszności podjętych przez siebie decyzji lub też wskazówek, gdy czują się zagubieni. Trzeba wtedy, niczym psychiatra, wysłuchać w skupieniu pacjenta. Odprawić przed nim jakiś tajemniczy i całkowicie zbędny rytuał, by zaraz potem utwierdzić go w przekonaniu, że obrana przez niego droga przez życie jest jak najbardziej właściwa. Do tego wszystkiego koniecznie trzeba dorzucić jakiś drobny szczegół z najbliższej przyszłości klienta, by dodać wiarygodności swoim słowom. Detal, który łatwo będą mogli skojarzyć z przepowiednią, a jednocześnie na tyle szczegółowy by nie został od razu odrzucony jako zwykły zbieg okoliczności. Tacy ludzie zawsze stają się szczęśliwsi i chętnie wracają po kolejne wróżby. Leokadia niestety, w przeciwieństwie do matki, była prostolinijna i nie potrafiła tak zręcznie „czarować” swoich klientów. Gdy jakiś się trafił, zawsze słyszał bolesną prawdę i już nigdy więcej nie wracał przerażony świadomością tego, czego może dowiedzieć się o swojej przyszłości.

Tego dnia Leokadia czuła się bardzo nieswojo. Od rana dręczyły ją złe przeczucia. Była pewna, że wydarzy się coś nieprzyjemnego, lecz jak na złość nie mogła dojrzeć co to będzie. Rozeźlona krzątała się po swoim sklepiku, raz po raz, trzęsącymi się rękoma, przestawiając wszystko na półkach. W pewnym momencie ciężki słój pełny komicznie wyglądających, szklanych oczu wysunął się z jej drobnych dłoni. W jednej chwili całe pomieszczenie zasypał grad sztucznych gałek ocznych wyzywająco podskakujących na wytartych, dębowych deskach podłogi. Kobieta fuknęła wściekle. Miarka się przebrała. Ruszyła gwałtownie do drzwi, by zamknąć na dzisiaj interes i w spokoju przeczekać ten parszywy dzień w wysłużonym fotelu na biegunach. Koniecznie z kubkiem gorącej herbaty owocowej, zaprawionej solidną porcją brandy. Mimo podeszłego wieku, z zadziwiającą zwinnością ominęła wszystkie tańczące na podłodze kulki, unikając tym samym groźnego upadku.

Odprowadzana tysiącem obłąkanych spojrzeń dotarła do drzwi, przez które w tym właśnie momencie wchodził jakiś smarkacz. Dzieciak otwierał usta by coś powiedzieć, gdy niespodziewanie nadeszła wizja, paraliżując Leokadię jak prąd elektryczny. W mgnieniu oka zobaczyła jak rozpada się małżeństwo dwojga wściekłych ludzi, a potem jak ginie jedno z nich. Obraz był niezwykle wyraźny i wraz z nim w umyśle kobiety pojawiła się pewność, że gówniarz, który zawraca jej głowę, przyszedł zapytać o swoich rodziców. Wiedziała też, że to co zobaczyła przed chwilą, stanie się właśnie z powodu tego małego chłopca stojącego w drzwiach jej sklepiku.

• • •

Ciąg dalszy

Nowy cykl? Zapowiada się

Nowy cykl? Zapowiada się całkiem ciekawie  

To tylko short

Niestety to tylko short, nad nowym cyklem pracuję, ale bardzo powoli  

Dodaj nowy komentarz

Zawartość tego pola nigdy nie zostanie udostępniona publicznie.
  • Adresy internetowe są automatycznie zamieniane w klikalne odnośniki.
  • Dozwolone znaczniki HTML: <a> <em> <strong> <cite> <code> <ul> <ol> <li> <dl> <dt> <dd>
  • Znaki końca linii i akapitu dodawane są automatycznie.
  • Tekstowe emotikony („uśmiechy”) zamieniane są na ikony.
  • Podwójny przecinek (,,) i podwójny apostrof ('') zamieniane są na odpowiednie cudzysłowy („ i ”).
  • Określone ciągi znaków zamieniane są na znaki typograficzne.
CAPTCHA
Niestety spamerzy za wszelką cenę starają się zrobić z sieci jeden wielki śmietnik. To powinno ich trochę zniechęcić.
3 + 16 =
Rozwiąż to proste zadanie matematyczne. Dla przykładu: 1+3 daje 4.