Sycylia z podróży poślubnej: Palermo
Dzień jedenasty: Palermo
Do Palermo trafiamy w godzinie szczytu – miasto okazuje się być jednym wielkim korkiem. Wpadamy do centrum sześciopasmową autostradą, w której momentalnie grzęźniemy jak w kisielu. Posuwamy się w żółwim tempie niemal ocierając się o ściśnięte jak sardynki pojazdy. Oczywiście włosi dla uproszczenia sprawy nie za bardzo przejmują się wyznaczonymi na jezdni pasami i zamiast w trzy samochody obok siebie, jedziemy w pięć. W razie wypadku prawdopodobnie trzeba by wysiadać przez okno, bo o otwarciu drzwi nie ma co myśleć. Ku naszemu rozbawieniu w samochodzie z przodu jakaś włoska mama jedzie ze swoim dość rozrywkowym dzieckiem. Pani, najwyraźniej dla zapewnienia sobie większej przestrzeni manewrowej, podróżuje ze złożonymi bocznymi lusterkami. Wsteczne lusterko wewnątrz też jest bezużyteczne, z powodu wieszającego się na nim kilkulatka. Dla zabicia czasu organizujemy sobie małą grę polegającą na wyszukiwaniu pojazdów z nienaruszoną karoserią. Znając włoski styl jazdy wiemy, że jest to trudne zadanie – raptem jeden na kilkanaście samochodów może pochwalić się blacharką w nienagannym stanie. Snujemy się tak zapchanymi ulicami w poszukiwaniu jakiegoś marketu gdzie moglibyśmy uzupełnić nasze zapasy no i oczywiście znaleźć jakieś skorupiaki.
Po zakupach, jako że rozważamy pokonanie części drogi powrotnej promem, postanawiamy zrobić rekonesans w porcie by zapoznać się z cenami i rozkładem rejsów. Przeciskając się przez wąskie, zastawione samochodami uliczki, mamy okazję przejść lekcję parkowania we włoskim stylu „na chwilę”. Na jednej z ulic, na środku drogi widzimy jak jadący kilka samochodów z przodu pojazd zatrzymuje się. Kierowca nawet nie zadaje sobie trudu by zbliżyć się do stojących wzdłuż krawężnika pojazdów. Po prostu opuszcza swoje stojące na środku ulicy auto i idzie do pobliskiego sklepu. Co ciekawe nikt z jadących za nim nie protestuje tylko bez marudzenia omija zawalidrogę nie tracąc nawet czasu na trąbienie. W porcie zmuszeni jesteśmy uzbroić się w cierpliwość. Sjesta. Po męczącym, półgodzinnym nicnierobieniu wchodzimy w posiadanie rozkładu promów na najbliższy rok. Opuszczamy Palermo w poszukiwaniu campingu w leżących na północ nadmorskich miejscowościach. Mamy nadzieję odbić sobie poprzednią noc spędzoną w kołyszącym się do taktu piorunów samochodzie.
W Sferracavallo udaje nam się znaleźć dość przytulny, a co najważniejsze otwarty camping Ulivi (www.campingdegliulivi.com), który na dodatek nie zrujnuje naszego portfela. Za nocleg płacimy 7€ od osoby bez dodatkowych opłat za samochód czy namiot, ale za to mamy płatny prysznic. Niestety sam camping nie jest zbyt rewelacyjnie ulokowany – ot wciśnięty między domy kawałek oliwkowego gaju oddalony od morza może piętnastominutowym spacerem. Jak na to do czego przywykliśmy, jest to stosunkowo daleko .
Do Włoch warto przyjechać choćby dla samego
jedzenia. Za te świeże małże przyrządzone,
w warunkach polowych, oddalibyśmy
trzydaniowy obiad z deserem
w ekskluzywnej polskiej restauracji.
Na kolację oczywiście nasze ulubione skorupiaki – tym razem w postaci malutkich vongole, które jednak niczym nie ustępują swoim większym braciom – cozze. Do własnoręcznego przyrządzenia małży przymierzaliśmy się już od samego przyjazdu do Włoch. Niestety nie mogliśmy znaleźć żadnego przepisu, który byłby wykonalny w warunkach polowych. Będąc jeszcze w Katanii, po bezowocnych odwiedzinach w księgarni i przejrzeniu kilku włoskich książek kucharskich, zadzwoniłem do macierzy po pomoc. Z odsieczą przybył tata podając po godzinie przepis na, jak się potem okazało, wyśmienite danie, które możemy na dodatek zjeść za śmieszne pieniądze.
Przepis jest banalnie prosty: 1/3 szklanki sosu winegret (zastąpionym przez sok z cytryny), pół szklanki posiekanej cebuli, 2/3 szklanki białego wina, pół szklanki pietruszki lub koperku (zastąpione czosnkiem), duża szczypta ostrej papryki (zastąpiona solidną dawką świeżo mielonego pieprzu). Wystarczy wlać wszystko do garnka, zagotować i wrzucić przynajmniej kilogram (oczyszczonych!) skorupiaków. Gotować pod przykryciem aż się otworzą – czyli dosłownie moment. Wywar sam z siebie stanowi całkiem smaczną zupę (można ją z powodzeniem zjeść z ryżem lub makaronem, albo po prostu wypić), a same małże są wprost wyśmienite. Oczywiście reszta wina nie może się zmarnować i koniecznie trzeba ją wypić. Cała kolacja kosztuje zatem nie więcej niż 7€, z czego za skorupiaki płacimy przeciętnie 4€ a za wino 2€. Banalny i tani posiłek, którego nie zamienilibyśmy na nic innego.
Dzień dwunasty: pożegnanie Sycylii
Rankiem pod wpływem marnej pogody zaczynamy rozważać powrót do Polski, jeszcze tego samego dnia. Prawdę mówiąc jesteśmy solidnie wymęczeni, głównie z powodu ciągłego przemieszczania się, które z kolei jest przyczyną problemów ze znalezieniem noclegów, dających nam szansę na zregenerowanie sił. Mimo, że pogoda jest bardzo dobra, to niestety wiele campingów jest pozamykanych. Z tego właśnie powodu rezygnujemy z planowanej wcześniej trasy powrotnej przez wschodnie wybrzeże Włoch, z odpoczynkiem na sprawdzonym campingu w Wenecji. Zapada więc decyzja o zaokrętowaniu się o 23:00 na prom płynący do Genui. Mamy więc cały dzień na zwiedzenie Palermo, do czego podchodzimy z lekko przytłumionym entuzjazmem.
Początkowo chcemy zostawić samochód z tobołami na campingu i pojechać do miasta autobusem by uniknąć problemów z parkowaniem, które jest dość drogim i wymagającym dodatkowego czasu zajęciem. Ogólnie staramy się cały czas unikać parkowania w centrach miast, głównie z powodu dość zawiłych zasad jakie rządzą tym, jak mogłoby się wydawać, banalnym procesem. Parkingi strzeżone są za to dość drogie i zazwyczaj trudno je znaleźć. Szybko jednak zmieniamy zdanie, gdy okazuje się, że komunikacja miejska w tym rejonie daleka jest od tego do czego jesteśmy przyzwyczajeni. Od pracownika campingu dowiadujemy się, że autobusy jeżdżą tutaj bez żadnego konkretnego rozkładu jazdy i co gorsza bez wyznaczonych przystanków. Aby więc dotrzeć do miasta i z powrotem, nie spóźniając się jednocześnie na prom, zbyt wiele musielibyśmy pozostawić w gestii szczęścia. W nie najlepszych więc nastrojach zwijamy namiot, pakujemy się do samochodu i wyruszamy na poszukiwanie jakiegoś strzeżonego parkingu w centrum Palermo, który nas nie zrujnuje. Na szczęście po kupieniu biletów na prom, możemy za darmo parkować w porcie do wieczora.
W Palermo mamy okazję zwiedzić dość makabryczne miejsce – Convento dei Cappuccini, a w zasadzie Catacombe dei Cappuccini, czyli katakumby pod klasztornym kościołem. Znajdują się tam setki zabalsamowanych zwłok w najróżniejszych stadiach rozkładu. Wszystkie ubrane stosownie do okresu z którego pochodzą – od szat dostojników kościelnych z XVI w. po garnitury z początków XX w. Część z nich to tylko szkielety pokryte resztkami tkanki, inne zachowały włosy, paznokcie, a niektóre nawet oczy. Jednak oglądanie pustych oczodołów, bezustnych uśmiechów czy dwucentymetrowych paznokci, które urosły już po śmierci, jest niczym w porównaniu z idealnie zachowanymi zwłokami dwuletniej dziewczynki, która zmarła w 1920r. Dziecko wygląda jakby było jedynie pogrążone w koszmarnym śnie wśród zwisających ze ścian strzępów ludzkich zwłok.
Dla poprawienia sobie nastrojów próbujemy znaleźć jakieś przytulne miejsce na uboczu, gdzie moglibyśmy zjeść lokalne specjały okraszone lampką wina. Najwyraźniej jednak nasze północnoeuropejskie nawyki dotyczące pór jedzenia w żaden sposób nie są w stanie wpasować się w lokalny tryb życia. Jednym słowem, znowu trafiamy na sjestę. Pozostaje nam więc snuć się bez celu po nieco opustoszałych ulicach miasta, na których nie brakuje tylko jednego – turystów. Czujemy się zmęczeni i zrezygnowani. Brakuje nam ciszy i spokoju jaki dawało nam odludzie, które odwiedzaliśmy na południu wyspy. Marazm dopada nas do tego stopnia, że nie chce nam się nawet wyciągać aparatu.
La Suprema na tle Palermo.
Zdjęcie pożyczone ze strony Grimaldi Lines
www.grimaldi-ferries.com
Na prawdę nie chciało nam się robić zdjęć.
Wreszcie, po zachodzie słońca, głodni i zmęczeni trafiamy do malutkiej trattorii przy Teatro Massimo. Według planu miasta uliczka na której znaleźliśmy to miejsce jest tak mała i nieważna, że nie ma nawet nazwy. To dobrze, bo gwarantuje nam to, że nie spotkamy tutaj turystów, co z kolei bardzo korzystnie wpływa na jakość i ceny lokalnego jedzenia. Niestety starszy pan, który najwyraźniej jest właścicielem tego przybytku wyprasza nas za drzwi. Jak się okazuje po kilkuminutowej rozmowie opierającej się głównie na energicznej gestykulacji, trattoria jest jeszcze zamknięta i mamy przyjść później. Postanawiamy przeczekać spacerując po budzącym się właśnie do życia (dochodzi 18:00!) targu spożywczym wciśniętym na dwie wąskie uliczki nieopodal. Po godzinie jesteśmy pewni, że warto było czekać. Mimo sporych trudności w porozumieniu się, mamy za sobą wyśmienitą pizzę za jedyne 15 euro. Menu takich miejsc najczęściej ogranicza się do ledwie trzech pozycji, ale zamawiając którąkolwiek z nich można mieć pewność, że przyrządzona zostanie lepiej niż w niejednej restauracji z dużo wyższego przedziału cenowego.
Po kolacji wracamy do portu by zapakować się na prom. Najpierw jednak musimy odstać swoje, w prawie godzinnej kolejce, która zdążyła się już ustawić przed wjazdem na pokład. Męczące „Stop & Go” na parującym, gorącym asfalcie w samochodzie z bez przerwy włączonym silnikiem i zepsutą klimatyzacją dobija nas do reszty. Na szczęście na pokładzie okazuje się, że nasza kabina bardziej przypomina luksusowy pokój hotelowy niż klaustrofobiczną kajutę jakiej się spodziewaliśmy. Ochoczo korzystamy z odjechanej łazienki wyposażonej w sporych rozmiarów wannę i zaopatrzeni w butelkę wina lądujemy w łożu, które spokojnie mogłoby pomieścić cztery osoby.
Byłam na Sycylii 2 lata temu
Byłam na Sycylii 2 lata temu …. Wspomnienia niezapomniane Pozdrawiam
Niezapomniane wspomnienia - to na pewno!
Ja byłem tam wprawdzie w 2004 roku, ale do dzisiaj pamiętam cały wyjazd ze szczegółami chyba jak żaden inny. I bynajmniej nie dlatego, że była to nasza podróż poślubna - żyliśmy wtedy razem już od kilku lat, więc były to po prostu kolejne wspólne wakacje To na prawdę niesamowite miejsce zapadające w pamięć i możliwość powłóczenia się tam samemu (bez wycieczek i przewodników) to coś wspaniałego. Na pewno tam wrócę i to pewnie nie raz. Tym razem chyba najchętniej na pokładzie jakiegoś jachtu - to by dopiero było coś!
Dodaj nowy komentarz