Sycylia z podróży poślubnej: Toruń - Mesyna
Wyprawę na Sycylię zdecydowaliśmy się zorganizować niestandardowo bo samochodem, a ciułając każdy grosz na przyszłe mieszkanie uznaliśmy to za jeden z najtańszych sposobów dotarcia na miejsce i podróżowania po samej wyspie. Niezwykle miłym akcentem wyjazdu było to, że udało nam się go zorganizować jak na prawdziwą podróż poślubną przystało, czyli zaraz po nocy poślubnej. Niestety nie wszystko poszło zgodnie z planem i zamiast upchnąć o 11 rano bagaże do wysłużonej Nubiry, musieliśmy najpierw dokończyć pakowanie. Na dodatek stoczyliśmy po drodze małą batalię telefoniczną z czworgiem naszych rodziców by wyperswadować im wspólny obiad, który niewątpliwie przerodziłby się w dłuższe posiedzenie połączone z deserem, podwieczorkiem i zapewne kolacją.
Nie chcąc zawracać sobie głowy szukaniem winiet w czasie podróży, zawczasu przygotowałem nas do drogi. Warto pamiętać o tych detalach planując wyjazd, żeby nie obudzić się przed tablicą „Ostatnie miejsce na kupienie winiet” i brakiem lokalnej waluty w kieszeni. A można je bez problemu dostać u nas na miejscu np. w niektórych biurach podróży. W chwili wyjazdu za 20 dniową winietę do Austrii zapłaciłem 90zł, a za miesięczną na Czeskie autostrady kolejne 50zł. O ubezpieczeniach samochodu i siebie samych też warto pamiętać Z doświadczenia też od razu wspomnę, że można sobie z miejsca darować ubezpieczenie bagażu. Najwyraźniej Polskie firmy ubezpieczeniowe zakładają, że podróżujemy albo z ochroną, która 24 godziny na dobę pilnuje naszych bambetli, albo nie wozimy ich ze sobą wcale. Ubezpieczenie sprzętu fotograficznego to już w ogóle dla nich temat jak z kosmosu.
Dzień pierwszy: Toruń - Cieszyn
Jako że ostatecznie wyjechaliśmy z Torunia dopiero o 17:40, tego dnia „ugraliśmy” zaledwie 500km Polskich dróg. Mija północ, a my jesteśmy potwornie zmęczeni wcześniejszymi przygotowaniami i krótką nocą poślubną. Ambitny plan dotarcia pierwszego dnia do Austrii musimy więc zmienić w locie i pół godziny po północy decydujemy się na drzemkę pod Cieszynem. Na stacji benzynowej. Gdy nad ranem otwieramy oczy, okazuje się, że przespaliśmy bite 6 godzin, co w wyziębionym samochodzie, przy ruchliwej drodze zazwyczaj nie jest łatwe.
Dzień drugi: Cieszyn - Padwa
Pokrzepieni mocną herbatą ruszyliśmy dalej. Jako że tym razem naszym celem jest odległa Sycylia (do przejechania mamy nieco ponad 2700km) postanawiamy poświęcić komfort podróży i po prostu gnamy przed siebie minimalizując ilość przystanków „na sikanie” i prostowanie nóg. Wybrawszy trasę przez Czechy i Austrię, mamy okazję po raz kolejny w życiu podziwiać przepiękne Alpy. Podróżowanie autostradami bywa nużące, ale nie na malowniczym odcinku, przy granicy Austrii z Włochami.
Tym razem „przejażdżka” ma niecałe 1000km - po 16 i pół godzinie w samochodzie, z małą przerwą na tradycyjne zakupy w czeskim Tesco. W okolicach 23:30 mijamy Padwę. Na krajobraz Włoch w większości składa się łańcuch górski Apenin, a jedynym w miarę płaskim obszarem jest nizina padańska gdzie właśnie jesteśmy. Zazwyczaj, przepiękny górski krajobraz uzupełnia ciepłe morze, do którego niestety jeszcze przez kilka dni będziemy mieli dość daleko. Teraz możemy liczyć jedynie na parking przy stacji benzynowej w okolicach Padwy. To jednak nie problem – jesteśmy sami w samochodzie, siedzenia rozkładają się (prawie) do poziomu i to nam wystarcza, w końcu to dopiero pierwszy dzień naszej pierwszej podróży marzeń .
Dzień trzeci: Padwa - Praia a Mare
Jako, że na parkingu przy autostradzie nie bardzo jest jak się solidnie wyspać pobudkę mieliśmy ekstremalnie wcześnie jak na nasze zwyczaje, szczególnie w moim przypadku, gdyż przed godziną 9 nie mam zwyczaju otwierać nawet oczu. Pierwszy równinny odcinek 220km z Padwy do Florencji pokonujemy w krótkie 2 i pół godziny. Plan na dzisiaj to dotarcie do oddalonej o 1200km Mesyny, naszej bramy na Sycylię. Plan jak najbardziej wykonalny, tym bardziej że wystartowaliśmy już o piątej rano.
Kolejne 900km jazdy, teoretycznie do pokonania w 10 godzin… niestety za Salerno postanowiliśmy zjechać z autostrady i pojechać trasą wzdłuż zachodniego wybrzeża Włoch, by mieć pod bokiem ciepłe morze Tyreńskie. Abyśmy w końcu mogli trochę odpocząć w ciepłej wodzie i odetchnąć świeżym, morskim powietrzem. W efekcie na przedarcie się przez ostatni odcinek tego dnia, na który złożyło się około 160km bocznych dróg, potrzebujemy 5 długich godzin. W tym czasie udaje nam się trzykrotnie przejechać przez tą samą włoską mieścinę i cudem uniknąć kolorowej niespodzianki, którą chciał nam sprezentować, pobudzony do życia przez serię serpentyn kapryśny żołądek Żony. Coś co na mapie wydawało się zwykłą drogą, w rzeczywistości okazało się być prawdziwym, praktycznie nieoznakowanym, trójwymiarowym labiryntem. W zasadzie gdyby nie to, że moja Towarzyszka Życia bardzo źle znosi jazdę po stromych, górskich serpentynach, które w tym rejonie praktycznie nie mają końca, prawdopodobnie bawiłbym się całkiem nieźle za kierownicą samochodu, z którego wyciskałem na tej trasie siódme poty pokonując kolejne strome podjazdy i diaboliczne zakręty o 180 stopni.
Praia a Mare wydaje się być opustoszałą dziurą
i poza intrygującą zatoką i plażą z resztkami
jakiejś twierdzy, trudno tu znaleźć
cokolwiek ciekawego.
Ostatecznie, tuż przed zachodem słońca, jadąc po zboczu jakiegoś sporego wąwozu, za tysięcznym tego dnia zakrętem wyłonił się widok zwiastujący prawdziwą ulgę. Skrawek morza, do którego powinni byliśmy dotrzeć jakieś pięć godzin temu. Przed nami nieplanowany cel naszej dzisiejszej podróży: Praia a Mare. Ten mały zakątek na skalistym wybrzeżu wyłonił się nagle zza kolejnego dzikiego zakrętu. Po godzinach błądzenia wśród górskich serpentyn Żona jest wyczerpana i niezdrowo zielona na twarzy – to miejsce jest niczym ziemia obiecana, gdzie możemy w końcu odpocząć… i pierwszy raz od wyjazdu porządnie rozprostować kości w cudownie ciepłej wodzie.
Morze - to jedyne co w tej chwili nas
tak na prawdę interesuje. Bez campingu
to jedyny sposób by się porządnie odświeżyć.
Mimo najszczerszych chęci nie udało nam się znaleźć otwartego campingu. W tym rejonie Włoch i o tej porze roku (druga połowa października) mimo dobrej pogody większość z nich jest zamknięta na głucho. Pech chciał że w Praia a Mare, pierwszej miejscowości nadmorskiej do której trafiliśmy w czasie tej podróży, ilość zamkniętych campingów wynosi 100%.
Dzień czwarty: Praia a M. - Mesyna
W takich właśnie warunkach przyszło nam spędzić tę noc - znowu na rozłożonych fotelach samochodu, choć tym razem zaparkowanego praktycznie na plaży. Mimo spartańskich warunków (brak jakiejkolwiek toalety czy czystej bieżącej wody) rano czujemy się jak nowo narodzeni.
Pewnie dzięki temu, że możemy sobie pozwolić na relaks w bajecznie ciepłej i przejrzystej wodzie zatoki Policastro. Śniadanie jemy (prawie) jak lordowie – na plaży i słoneczku, z szumem morza pod bokiem. O tej porze dookoła nie ma żywego ducha… oprócz pasażerów dwóch kamperów, którzy spędzali noc w tym samym miejscu.
Plan na dziś - dotrzeć w okolice Taorminy (w końcu Sycylia!) i tam znaleźć nocleg. Zadanie pozornie proste, więc nieśpiesznie postanawiamy zwiedzić po drodze Fiumefreddo zachwalane w posiadanym przez nas przewodniku. Jak się okazuje nie bezzasadnie.
Fiumefreddo jest skromną mieściną osadzoną tuż nad brzegiem morza… tyle że na szczycie pionowego, ponad stumetrowego urwiska. Z jego zachodnich tarasów widokowych możemy podziwiać widok na otwarte morze, lub do wyboru, malownicze góry na wschodzie, z dostępnym niemal na wyciągnięcie ręki Monte Cocuzzo (1541 m n.p.m). W zasadzie ze względu na swą lokalizację Fiumefreddo to jeden wielki taras widokowy.
Włosi bardzo rygorystycznie „przestrzegają” sjesty – w czasie jej trwania Fiumefreddo wygląda dosłownie jak wymarłe. Jedynym żywym duchem na ulicach okazuje się być ten pies „z kulawą nogą”, który towarzyszy nam przez cały czas zwiedzania… i pewna pani, która w tym miejscu wydaje się być jak nie z tego świata. Jej cienkie szpilki stukają po krzywym, kilkuset letnim bruku, a okulary od Gucciego wydają się tutaj prawie nie na miejscu. Szybko znika w jakimś małym mieszkanku – pewnie wpadła do domu na lunch – sjesta w tych rejonach trwa nawet kilka godzin.
Dojechać do Fiumefreddo niewprawionemu kierowcy z pewnością nie jest łatwo, ale dojazd w porównaniu z powrotem to jak spacer po parku. Żeby stąd wyjechać oprócz żelaznych nerwów potrzeba jeszcze żołądka ze stali. Ciasne i strome serpentyny w tych okolicach to standard, tylko co zrobić, jak z naprzeciwka będzie jechał stary, rozklekotany autobus, który wbrew pozorom regularnie wciska się na te wąskie uliczki?
Podobno ściany tego zamku pokrywają
erotyczne malowidła Salvatore Fiume.
Niestety tradycyjna włoska sjesta
wyklucza zwiedzanie o tej porze.
Jako że z Praia a Mare do Villa San Giovanni nie było daleko, zanim dotarliśmy do autostrady, wybraliśmy malowniczą trasę biegnącą dosłownie wzdłuż wybrzeża. Często jedyną granicę między morzem a drogą stanowiła raptem kilkunastometrowej szerokości plaża. Jako że upał był niemiłosierny nie omieszkaliśmy skorzystać z bliskości morza. Jak wiadomo Polacy są uznawani za naród niezwykle przedsiębiorczy, czego dowód mogliśmy zobaczyć na własne oczy. Na jednym z postojów „na szybką kąpiel” spotkaliśmy naszego rodaka rozstawionego przy drodze z przeróżnej maści duperelami wystawionymi na sprzedaż wprost z tandetnego, składanego stolika.
Z krótkiej rozmowy dowiedzieliśmy się, że ten miły pan spędzał większość czasu na handlowaniu w ten sposób w różnych częściach europy. Jak się jednak okazało, południowe Włochy nie są dobrym miejscem do prowadzenia obwoźnej działalności handlowej, czego nie można było powiedzieć na temat efektów działania słońca, towaru powszechnie dostępnego w tych okolicach przez 3/4 roku. Nasz rodak bardziej przypomniał przedsiębiorczego Nigeryjczyka z sympatycznym brzuszkiem niż rodowitego mieszkańca kraju Słowian. Groteskowego charakteru całego spotkania nadawał fakt, że natknęliśmy się na tego człowieka na totalnym odludziu, gdzie prawdopodobnie najlepszymi jego klientami mogłyby się okazać ukryte pod kamieniami jaszczurki. Do najbliższej miejscowości mieliśmy kilka kilometrów pustej, spieczonej słońcem drogi.
Ostatniego dnia podróży przez półwysep apeniński moja Towarzyszka Życia w końcu odważa się mnie zastąpić za kierownicą, bym mógł trochę odpocząć. Prawdę mówiąc po tylu kilometrach przejechanych ciągle w jednej pozycji moje ciało zaczyna się domagać zmiany. Daewoo niestety limuzyną nie jest. Dokucza mi prawy bark ponieważ cały czas muszę utrzymywać w powietrzu niczym nie podparty łokieć. Zwisająca swobodnie ręka zaczepiona na kierownicy, po 2500km potrafi dać się we znaki. Niestety Żona wybiera sobie nie najlepszy moment. Z pozoru prosty odcinek autostrady A3 okazuje się być kilkudziesięcio kilometrową trasą w nie najlepszym stanie, regularnie opadającą w dół by wyrównać około 300 metrową różnicę poziomów. Dwa z czterech pasów są wyłączone z ruchu na czas remontu, na pozostałych dwóch ruch odbywa się w obu kierunkach, a jezdnia zapchana jest samochodami po brzegi. Jako, że mimo wszystko jest to autostrada więc wszyscy jadą nią nie wolniej niż 120km/h, a 3/4 pojazdów to wielkie TIRy. Co jakiś czas mijamy znaki dające jasno do zrozumienia, że jazda wolniej niż 100km/h jest niebezpieczna Pędząc tak wciśniętym między ogromne ciężarówki niewprawny kierowca może poczuć się nieco zdenerwowanym . Niestety używanie hamulca w takich sytuacjach może doprowadzić do tragedii, bo mknące za nami kolosy nie są w stanie zwolnić zbyt szybko. Siłą rzeczy mój kierowca musi przejść błyskawiczny kurs hamowania silnikiem i w ciągu kilku minut oduczyć się używania hamulca by go nie spalić zanim dojedziemy na dół. Na całym odcinku prawie nie ma zatoczek gdzie można by chwilę odetchnąć i zamienić się miejscami. Niemal cała autostrada stoi na pionowych słupach i robienie w takich miejscach zatoczek z rozbiegówkami inżynierowie najwyraźniej uznali za zbędny wydatek pieniędzy. Zresztą ewentualny postój musiałby chyba trwać do wieczora, bo przy tym natężeniu ruchu i tylko jednym pasie do dyspozycji, powrót na trasę pełną rozpędzonych do ponad 100km/h ciężarówek wydaje się nie możliwy Najśmieszniejsze w całej sytuacji jest to, że aby dotrzeć do tej drogi z poziomu morza musieliśmy pokonać raptem kilkanaście kilometrów górskich serpentyn. Żeby zjechać ponownie na dół potrzebujemy prawie 100 kilometrowego odcinka autostrady.
Około godziny 18:00 docieramy do Villa San Giovanni - naszego „okna” na Sycylię… i pierwsze co widzimy to odpływający prom. Na szczęście promy przez cieśninę Mesyńską kursują z częstotliwością tramwaju. Po kupieniu biletu za 24€ (dwie osoby plus samochód) lądujemy jako pierwsi w kolejce do następnego kursu. Już po pół godzinie oglądamy panoramę Mesyny na tle zachodzącego słońca z pokładu nieco większej, acz równie rozklekotanej, wersji weneckiego vaporetto.
Po dotarciu do Mesyny od razu trafiamy na korek gigant ciągnący się przez całe centrum miasta od portu do autostrady. Na szczęście Włosi są chyba mistrzami w rozładowywaniu zapchanych ulic. Gdy sytuacja zaczyna się zagęszczać, momentalnie potrafią na trzech pasach ustawić się w pięć samochodów by szybciej rozluźnić zator. Między pojazdami zostaje miejsce jedynie na boczne lusterko i dwie zapałki. Zderzak ociera się o zderzak, ale wszystko jakoś posuwa się do przodu. Na dodatek cały czas pod górę, bo Mesyna, jak większość miast na wybrzeżu, leży na skalistym zboczu. Siedząc za kierownicą mam ubaw po pachy próbując skutecznie unikać otarcia i nie zostać wytrąbionym przez krewkich Sycylijczyków. Wielu osobom wydaje się, że włosi jeżdżą fatalnie, ale to nie prawda. Włosi są doskonałymi kierowcami, tylko czasem nie zwracają uwagi na takie detale jak kolor świateł, czy odległość od innych pojazdów. Im dalej na południe tym trudniej jest się zaadoptować do tego pozornego chaosu na drogach. Szybko jednak można dojść do wprawy. Już po dwóch dniach na Sycylii człowiek uczy się kiedy powinien zatrzymywać się na czerwonym świetle, a kiedy przejeżdżać nie zwracając na nie uwagi, oraz jak wymuszać pierwszeństwo by włączenie się do ruchu z podporządkowanej drogi było w ogóle możliwe.
W okolice Taorminy docieramy już późnym wieczorem. Znalezienie campingu okazuje się być sporym wyzwaniem. Błądzimy po okolicznych mieścinach i miasteczkach, które zlewają się w jedno tętniące życiem miasto. Tutaj granice między nimi przebiegają praktycznie przez skrzyżowania ulic. Mamy wrażenie, że trafiliśmy do innego świata i chyba tak jest - w tym miejscu życie zaczyna kwitnąć po zachodzie słońca, na ulicach i chodnikach jest pełno ludzi, a stragany i sklepiki przeżywają prawdziwe oblężenie. Na dodatek jest cudownie ciepło.
Camping Almoetia
A/18 Uscita Giardini Naxos
Via San Marco 19, tel. 095 641936
95011 Calatabiano (CT)
Camping udaje nam się znaleźć dopiero w Giardini Naxos, na jakimś odludnym cyplu gdzie cały ten gwar staje się równie odległy jak rozświetlająca zbocza Etny świeża lawa. Na miejscu wita nas na oko ponad 50 letni, spieczony słońcem mężczyzna, który wygląda jakby wrócił z podróży dookoła świata. Jak się okazuje płynnie mówi w co najmniej czterech językach i wręcz poraża entuzjazmem. Załapujemy się jeszcze na kolację w campingowej trattorii (9€, niestety jedzenie i wino bez szału), bierzemy upragniony prysznic (2x 0,50€ – ale zabrakło nam wody) i w końcu lądujemy w namiocie. To nasze pierwsza noc poza samochodem i kosztuje nas raptem 18€ za noc (po 6,50€ za osobę, 4,00€ za namiot i 3,00€ za samochód).
Dodaj nowy komentarz