Zakłócenia w komunikacji
Jakiś czas temu. Późny wieczór. Siedzę sobie na kanapie, oglądając Discovery. Dzwoni komórka. Telefony o tej porze zazwyczaj nie zwiastują niczego dobrego. Szybko odbieram, żeby nie obudzić śpiącej żony. Po drugiej stronie słuchawki, grobowym głosem, odzywa się moja mama.
— Nie śpisz jeszcze? — Lubię takie pytania.
— Oglądam Discovery. Coś się stało?
— Synuś, czy jak tata będzie coś potrzebował załatwić przed czwartkowym wyjazdem do Hiszpanii, to będzie mógł pożyczyć od was samochód? — Trochę się zaniepokoiłem.
— A co się stało z waszym? Znowu skasowaliście? — Kilka miesięcy wcześniej, pozornie niegroźna stłuczka na skrzyżowaniu, skończyła się złomowaniem.
— To ty nic nie wiesz? — Trochę niepokoju zamieniło się w dużo.
— Nie wiem, a co powinienem wiedzieć?
— Zosia* miała wypadek i jutro do niej jadę. — Teraz przeraziłem się na całego.
— Jak to, wypadek? Co się stało?
— Nie może chodzić. — Przerażenie to mało na wyrażenie tego, co poczułem.
— Jak to nie może chodzić? Jaki wypadek? Samochodowy? W drodze z zawodów? — Nie chciałem dopuścić do siebie najgorszej myśli. Akrobatyka sportowa to nie przelewki.
— Na zawodach. Spadła z trampoliny. — Oblałem się zimnym potem. Dosłownie.
— Jak to spadła? Coś sobie złamała? — W tamtej chwili elokwencja nie była moją mocną stroną.
— Nie, nic sobie nie złamała… chyba nie.
W tym momencie, w umyśle zapaliła mi się czerwona lampka. Mama ostatnio lubi przesadzać. Chociaż „lubi”, to nie najlepsze słowo. Ona to po prostu robi chyba nieświadomie. Szybko skończyłem rozmowę i zadzwoniłem do siostry. Cały czas roztrzęsiony pytam się co się stało na zawodach.
— Eeeee tam. Nic poważnego. Tylko źle wylądowałam i zsunęłam się z krawędzi trampoliny. — W głosie Zosi słychać, że nic jej nie jest. Gdyby stała przede mną, widziałbym, jak się uśmiecha i bagatelizuje całą sytuację niedbałym machnięciem ręki.
Wszystko sobie szybko wyjaśniliśmy. Nie ma złamań, tylko wielki siniak i dwucentymetrowa „dziura” w nodze. Zosia jest rozemocjonowana, bo zebrała kolejne doświadczenia życiowe. Na pamiątkę zostanie jej ładna blizna do pokazywania znajomym. Następnego dnia dostałem nawet kilka zdjęć.
Wydawać by się mogło, że to tylko specyfika mojej pokręconej rodziny. Tymczasem, w zeszłym tygodniu wróciliśmy z Londynu. Nocowaliśmy u Asi, kuzynki mojej żony (pozdrowienia dla Azji – dzięki za pyszne jedzenie i wspaniałą gościnę!). Wszyscy wiedzą co wydarzyło się w poprzednią sobotę. Asia około południa odebrała telefon od brata. Przez kilka minut słuchaliśmy w napięciu wykrzykników w rodzaju: „O boże!”, „O matko!” czy „Jezu!”. Potem kilka zwięzłych pytań w stylu: „Ale jak to się stało?”, „Kiedy?”, „Ale jak to?”. Potem znowu wykrzykniki, a na twarzy wyraz przerażenia.
Wniosek był jeden. Ktoś umarł w rodzinie. Może leciwa już babcia i trzeba będzie pakować przedwcześnie manatki żeby wrócić na pogrzeb? Może jakiś bardziej niespodziewany i dramatyczny wypadek śmiertelny? Siedzieliśmy tak z żoną, czekając w napięciu na jakieś szczegóły. W końcu Asia skończyła rozmowę i przekazała nam nowinę:
— Słuchajcie! Nie ma Polski!
— Jak to nie ma? Co się stało? – Totalna konsternacja.
— Prezydent nie żyje i cały rząd też. Został tylko Premier i kilku ministrów.
Cholera zamach stanu jakiś, czy co?
P.S. W tym tygodniu Zosia reprezentuje Polskę na mistrzostwach Europy w Bułgarii!
; ))
dobrze, ze nic powaznego nie stalo sie twojej siostrze. Fajna masz mame. ; p
Dodaj nowy komentarz