Zaraziły mnie media
Pisałem, że nie przepadam za mass mediami, no ale żeby tak bezczelnie mnie atakować jak w ten weekend, to już szczyt wszystkiego! Człowiek, kulturalnie jedzie sobie w nocy samochodem i dla umilenia czasu włącza radio. Ot banalna sytuacja dnia codziennego. A w radiu, jak to w radiu, o pełnej godzinie trzeba nadać blok informacyjny - przed tym nie ma ucieczki. W wiadomościach, jak zwykle smęcenie o tym, że coś spłonęło, gdzieś był wypadek, że mamy epidemię grypy, a Słowakom brakuje gazu.
Co mnie to do cholery wszystko obchodzi? O pierwszej w nocy?! Na prawdę wolałbym posłuchać tego przyjemnego jazzu, który przed chwilą leciał! Pech chciał, że będąc nieco zamyślonym nad cudownymi aspektami mojego życia osobistego, nawet nie wyłączyłem tego smęcenia. No i się doigrałem - człowiek już nigdzie nie może być bezpieczny. Dwa dni później mój erotyczny głos wespół z pociągającą aparycją jasno dał do zrozumienia, że zostałem bezczelnie i z premedytacją zarażony niesionymi na falach eteru zarazkami grypy. Zachorowałem zapewne dlatego, że nie posłuchałem rady w radiu i nie zaszczepiłem się przeciwko zeszłorocznemu szczepowi zarazka wyhodowanego na chińskiej małpie laboratoryjnej. Dzień później solidarnie zawtórowała mi żona. Teraz oboje jesteśmy pociągający, jak para wołów. Pociągowych.
Od poniedziałku wysmarkałem chyba pół swojego mózgu, zużywając zgrzewkę papieru toaletowego. Do wczoraj jeszcze się łudziłem, że będę mógł dzisiaj wieczorem zaspokoić swoje zwierzęce instynkty i pogram w kosza, ale gdzie tam. Przez to cholerne radio mam teraz głowę wielkości piłki do koszykówki - jeszcze ktoś się na boisku pomyli i dopiero będzie dramat! Oczywiście przeczytacie o tym w środowej gazecie pod nagłówkiem „Urwał koledze głowę”.
Najgorsze, że ta zaraza jakaś wyjątkowo odporna jest - pewnie przez ten eter, na którym ją niosło. Czosnku wchłonąłem już tyle, że oddechem mogę do grobu wpędzić… albo wypędzić, jeśli ktoś już tam spoczywa. Wyjście na boisko z takim chuchem na pewno nie można nazwać fair play. Nawet najlepsze specyfiki w postaci cytryny z miodem i spirytusem nie pomagają. Skończyło się przedawkowaniem trzeciego z tych składników, choć nie bez pożytku - przynajmniej przespałem ostatnie dwie godziny. Zaraz chyba powtórzę kurację, bo nos już mam tak sponiewierany, że na samą myśl o „dmuchaniu” ciarki mnie przechodzą. A przez sen to przynajmniej wszystko samo wypływa.
Pozdrawiam wszystkich zdrowych i tych niekoniecznie, a smarkatym (w tym szczególnie sobie), życzę natychmiastowego powrotu do zdrowia.
Pingback
[...] dobry mecz koszykówki, w którym walkę toczy się o każdą piłkę. Gdy ostatnio pisałem, że męczy mnie jakaś zaraza i nie pójdę grać… no cóż nie wysiedziałem w domu i w ostatniej chwili spakowałem manele, [...]
Dodaj nowy komentarz